DZIADEK NA MOŚCIE, LIPIEC 1914
(GRANDFATHER ON A BRIDGE, JULY 1914)
Ci ludzie na moście i on siedmioletni
co tchu biegnie z nimi, porzucił na drodze
koszyk z pisklętami. Lizak wpadł do rzeki,
a spóźniona matka na siewierskim targu
kłóci się o ruble ze starą przekupką.
Szybciej, chłopcze, szybciej! Teraz masz okazję
pobawić się serio „w gąski, wilka z lasu”.
Ludzie, tam są dzieci! Jak miąższ malinówek.
Zdeptane grzechotki. Czarne proce z dętki
i pęknięte skrzypce. W górze tango ptaków,
tango bomb i butów. Metal traci gęstość.
Szybciej, chłopcze, szybciej! Zanim bomba spadnie,
zanim most się zwinie w płonące obręcze,
które wypchną ludzi w gorące powietrze,
ty skoczysz do wody i odzyskasz oddech:
w mule, w tataraku i
na brzegu łóżka.
GRANDFATHER ON A BRIDGE, JULY 1914
(DZIADEK NA MOŚCIE, LIPIEC 1914)
Crowds rushing the bridge, the boy barely seven
out of breath and running, forced to abandon
his basket of hatchlings. His lolly slips into
the river, while mother, so late for the market,
haggles over roubles with an old babushka.
Faster, boy, faster! Do not waste your chances
to play it for real, be wolf to their geese.
People, the children! Like apples, abandoned.
Toys trampled by boots, slings made of old rubber,
a broken violin. Above, birds in tango,
a tango of shelling. Metal uncohering.
Faster, boy, faster! Before the bombardment
twists the steel bridge into rings of wild fire,
bodies cast like feathers up into flaming air,
you will dive into the water and find breath recovered
in the silt, the sweet flag and
the shore of your bed.
DZIADEK JEDZIE DO WARSZAWY, WRZESIEŃ 1939-1945
(GRANDFATHER ON HIS WAY TO WARSAW, SEPTEMBER 1939-1945)
Ja Władysław, syn Marianny i Józefa, stolarz
z dziada pradziada, urodzony na gołym klepisku
jako dziecko od pasania krów uciekałem,
modlić się pod kapliczką do anioła stróża,
by choć raz pozwolił mi pojechać do Warszawy,
którą widziałem na obrazie u księdza w Kamyku.
Ożeniłem się z panną – zamiast serca kamyk.
Wysłali rozkaz, abym jechał do Warszawy.
Wcielili mnie do armii. Pytajcie anioła stróża,
jak pognali mnie do obozu, gdy uciekałem
z Sudetów, żułem z głodu korę. Na klepisku
konałem jak bydlę, ja syn Józefa, stolarz,
jak postrzelona kuna w lesie na klepisku
i nie wyniuchał esesmański pies stolarza.
W rynnie pod mostem dziękowałem Stróżowi,
że mnie nie zawiódł do płonącej Warszawy,
co paliła się jak stodoła. Tam nie było kamyka,
którego by nie podeptał wojskowy but. Uciekałem
na furmance, za pazuchą mój Anioł Stróż
heblował mnie na człowieka, mnie stolarza?
Dał cynk, gdy podchodziłem do Warszawy,
że ślubna z byle cepem urzęduje na klepisku.
Chciałem babie manto spuścić, ale uciekła,
perliczka jedna. Z domu nie został kamyk.
Wystrugałem nowe gniazdko, ale uciekałem
do gospody przed miejscowym anio...